sobota, 11 stycznia 2014

Problemy w komunikacji na wesoło

Są takie momenty, jedyne w swoim rodzaju gdy nie wiem czy to co właśnie usłyszałam bądź zobaczyłam faktycznie miało miejsce czy tylko mi się wydawało. Zdarzają się ostatnio coraz częściej ale dzięki bogom dotychczas były to wyłącznie chwile pozytywne, pozwalające wręcz turlać się ze śmiechu po ziemi z desperacją szukając  najmniejszego bodaj oddechu. Sytuacji przytoczyć mogę kilka.

Z wczoraj.

Siedzę sobie przy biurku, i czytam w najlepsze nowego Wiedźmina (btw. POLECAM!!) popijając go standardowo przesłodzoną herbatą. Rogacizna bawi się czymś w salonie raz po raz pokrzykując przerażająco w akompaniamencie ciągłego tupotu obutych w butki twardością przypominające adamantium stópek. Po którymś z bardziej przerażających okrzyków domniemanej radości odkleiłam się wreszcie od lektury, założyłam książkę i odchyliwszy się na krześle zawołałam.
- Krzysztof! Co tam się dzieje do licha?! Co Ty robisz? -
I już mam iść kontrolować sytuację osobiście, gdy dociera do mnie informacja zwrotna.
-Jak to co, mamo! Straszę kota!-

Padłam.

Innym razem po kolejnej Awanturze O Nocnik*, Pisklę moje kochane zostało karnie zesłane do łóżka z którego głośno domagało się uwagi. Po kolejnych okrzykach typu "Mamo ratuj!", "Siusiu!", "Sto lat, sto lat!** "Bajki" itd, służących tylko i wyłącznie celom dywersyjnym, wściekła kazałam mu zawrzeć słodki pyszczek i iść spać bo jest piąta rano***. Dziecko umilkło na dłuższą chwilę, zastanowiło się, po czym cichutkim głosikiem powiedziało.
- Przepraszam mamo.- Przyznam, że mnie trochę zmiękło. Wstałam, pogłaskałam go po łebku mówiąc.- Nie ma za co kochanie, po prostu musisz się paru rzeczy nauczyć bo mnie czasem szlag trafia na tego rodzaju problemy.- I już chcę odejść i iść dalej spać, gdy mała ciepła rączka łapie mnie za nadgarstek, i słyszę...
- Bardzo przepraszam mamo... A teraz kaszki?-

No zdechłam... po prostu zdechłam i śmiejąc się w głos wturlałam do kuchni. Za moment przybiega do mnie asystujący przy wszystkim G. również spłakany i tak oto rzecze.
- Ty wiesz co on tam teraz robi? Płacze, szlocha i recytuje, "ej, bi, si, di, i, ef, dżi..."-

Poległam i przegrałam z kretesem.
I owszem, moje dziecko uczy się alfabetu angielskiego, który ostatnio zyskał miano remedium na wszelkie żale i zgryzoty.

*Awantury o nocnik są częścią Planu Rezygnacji Z Pieluszek, którego to mój syn kompletnie nie ma ochoty wcielać w życie.

** Pewnego razu przynosząc dziecku dobranocną kaszkę usłyszałam jak w kółko powtarza "Ola, Ola nie żyje"... Zatkało mnie dość porządnie, pytam go o czym mówi i która na miłość boską Ola umarła, a on do mnie "Prezenty mamo, ola ola, nie żyje, żyje nam!" No fakt, miał dopiero co trzecie urodziny i wygląda na to że polubił śpiewaną przez wszystkich z tej okazji piosenkę. :)

*** Nie była to piąta, ale sprawiała takie wrażenie. Było zdecydowanie za wcześnie  żeby myśleć.

1 komentarz:

Zmianaplanu pisze...

Komunikacja to podstawa, tak? Grunt, żeby była drożna i działała jak należy ;)

natomiast borze szumiący, o której Wy go odpieluchowujecie???