środa, 20 listopada 2013

Bo w Kieleckiem...

piździ niemiłosiernie i bezlitośnie!

Rozchorowałam się. Zdarza się. Piję ziółka z miodkiem i sokiem malinowym, syropki i dużo odpoczywam. Przynajmniej jak na mnie. Dziecię moje zdolne z choroby na szczęście już wyszło, także siedzi sobie, układa na skradzionym mi telefonie pasjansa i patrzy.
Sytuacja na gorąco, dosłownie sprzed chwili. Napadła mnie dzika i niepowstrzymana kichawa. No siedzę i kicham uparcie raz za razem, i to tak, że koty z miejsca zajęły z góry upatrzone pozycje w najciemniejszych punktach mieszkania i czekają na finał. Krzyś natomiast niewzruszenie układając karty na zasyfionym już nieco ekranie komórki, co kichnięcie życzył mi zdrowia.
- Na zdlowie, mama.-
*a psik!*
- Na zdlowie, mama.-
*a psik!*
- Na zdlowie no...- Tu już widać nieco zniecierpliwiony, bo czas leci a mnie jakoś nie przechodzi złote rozdanie, kurcze pieczone w pysk.
*a psik!*
- Na zdlowie...-
*a psik!*
- Mama, już dość na zdlowie, co?- Po czym podał mi rolkę papieru, ucałował w policzek i poszedł do salonu ściskając mój telefon i paczkę ciastek rąbniętą mi z szafki nocnej.

Kurtyna.